A Million Ways to Die in the West (2014)


Trudno tak naprawdę napisać cokolwiek konstruktywnego na temat „Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie”, bowiem nie jest to w zasadzie pełnoprawny film, lecz raczej zbiór lepszych lub gorszych skeczy rzucanych na prawo i lewo w ramach pretekstowej fabuły o nienawidzącym mitycznego Dzikiego Zachodu tchórzliwym hodowcy owiec (MacFarlane o obliczu niepocieszonego bobasa), który spotyka przypadkiem kobietę swoich marzeń (wyjątkowo wyluzowana Charlize Theron), a ta całkowicie odmienia jego życie, zmuszając gadatliwego i pełnego mało kowbojskich neuroz faceta do stawienia czoła swoim lękom. Bla, bla, bla. O ile w „Tedzie” historia tytułowego gadającego, klnącego i pijącego na umór misia miała jakąś fabularną podstawę (przyjaźń protagonisty z nie potrafiącym wydorośleć bohaterem Marka Wahlberga), tak w „Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie” MacFarlane nie próbuje nawet udawać, że bardziej od opowiadania rozwiniętego dowcipu z zaskakującą pointą interesują go cięte riposty, atrakcyjne bon moty, ekranowa anarchia, prościuteńki slapstick i otwarcie seksualne grepsy. Wszystko zostaje dodatkowo polane sosem z meta-dowcipu, kloacznego humoru oraz iście absurdalnych skeczy przekraczających w imię komediowej rozrywki granice rasizmu i dobrego smaku.
Czyż jednak można było spodziewać się czegoś innego od faceta, który zaśpiewał na rozdaniu Oscarów piosenkę o piersiach znajdujących się na sali nominowanych aktorek? „Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie” jest tak wyraźnie filmem Setha MacFarlane'a, że ciężko wyobrazić sobie kogoś innego na stołku reżysera. Wprawdzie amerykański twórca bawi się różnego rodzaju komediowymi konwencjami – wachlarz dowcipów zawiera zarówno momenty parodystyczne rodem z kina Mela Brooksa (quasi-musicalowy numer do piosenki o wąsach jako atrybucie męskości), jak i autentycznie Pythonowskie chwile radosnej abstrakcyjności (śpiewające owce) – ale w ostatecznym rozrachunku tworzy kolejny film, w którym ważniejszy od fabuły i bohaterów jest on sam, Wielki Błazen MacFarlane, śmiejący się ze wszystkiego, a najchętniej z samego siebie i swoich partnerów z planu. Charlize Theron radośnie oznajmia, że może i nie jest jakoś bardzo przydatna, ale ma „super cycki”, Neil Patrick Harris szydzi ze swojego wizerunku z „Jak poznałem waszą matkę”, grająca prostytutkę Sarah Silverman pogrąża się co chwilę poprzez opowieści o ekscentrycznych seksualnych wygibasach, Giovanni Ribisi udowadnia, że jest mistrzem w graniu idiotów, Amanda Seyfried śmieje się ze swoich dużych oczu, a Liam Neeson jako największy zabijaka w okolicy... gra Liama Neesona znanego wszystkim z kina akcji, co sprawia, że w ramach tej konwencji w pewnej scenie kończy ze stokrotką w tyłku.
Nie trzeba chyba dodawać, że poziomem autoironii zawartym w „Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie” można by obdarować kilkanaście innych produkcji, natomiast przyznać trzeba, że zakres komediowej oferty MacFarlane'a miejscami naprawdę imponuje. Obrywa się nie tylko wszystkim archetypom na temat Dzikiego Zachodu i ludziom, którzy je uosabiali, wyśmiany zostaje także sposób ukazywania tamtych czasów w kinie. A za wisienkę na torcie służy genialne w swojej prostocie nawiązanie do innego osadzonego na Dzikim Zachodzie filmu, produkcji absolutnie kultowej, które pojawia się w fabule MacFarlane'a tak absurdalnie i niespodziewanie, że nawet największy smutas się uśmiechnie. Nie zmienia to faktu, że „Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie” jest filmem zdecydowanie za długim (prawie dwie godziny...), przeszarżowanym na każdy możliwy sposób (owca sikająca na twarz MacFarlane'a nie jest najbardziej dosadnym skeczem fizycznym), obraźliwym w stosunku do czarnych, czerwonych i żółtych (nie znajdziecie w żadnym innym obrazie takiej sceny rozmowy w fikcyjnym indiańskim narzeczu!), maksymalnie szowinistycznym (Seyfried w pewnym momencie ssie Harrisowi... wąsy) i pozbawionym jakiegokolwiek fabularnego sensu (aż by się chciało, aby na końcu wpadły policyjne radiowozy i rozbiły tę wesołą gromadkę).


Jest jednak również filmem niesamowicie zabawnym, choć polecić go z czystym sercem nie mogę, bowiem jest to humor zdecydowanie nie dla wszystkich. Jeśli po powyższym opisie stwierdzicie, że MacFarlane zrobił film dla Was, powinniście się prawdopodobnie wybrać do kina, kupić wiadro popcornu i oddać tej anarchicznej komediowej jeździe bez trzymanki – jest bardzo możliwe, że będziecie się dobrze bawić. Jeśli jednak już po pierwszym akapicie tego tekstu kiwaliście głowami z dezaprobatą, istnieje duża szansa, że powinniście trzymać się od tego filmu z daleka.