Macbeth (2015)


Tych, którzy po "Makbecie" spodziewali się miksu "Braveheart" i "300", muszę od razu rozczarować – na poziomie narracji, nie licząc kilku odstępstw, nowy film Justina Kurzela to dosłowna adaptacja tragedii Szekspira. W klimacie "Gry o tron", z komiksowym zacięciem, ale również z wierszowanymi monologami i sporym bagażem teatralności. Tekst jest tutaj osią i ostatecznie spłaszcza wizualną dynamikę, która pozostaje najmocniejszym punktem filmu. Epickie jest przede wszystkim otwarcie – scena bitwy, gdzie prym wiodą slow motion, dynamiczny montaż i różnokolorowe filtry – później akcja mocno zwalnia i przechodzi w mroczny, hipnotyzujący thriller o szaleństwie i obsesji władzy. Transowy rytm opowieści Kurzela potrafi wciągnąć; niestety, na niekorzyść całości działa sam Szekspir, a dokładniej – za dużo Szekspira w Szekspirze. Adaptacje "Makbeta" prawie zawsze bywały nierówne – jak choćby ta najbardziej znana, Wellesowska – bo i tekst wymaga prawdziwego dramaturgicznego mistrzostwa. Najlepiej poszło chyba Romanowi Polańskiemu, chociaż jego "Tragedia Makbeta" z 1971 to wciąż Szekspir na koturnach, tylko że bardziej dosłowny i brutalny. Kurzel chciał z kolei zagrać z klasycznym tekstem na własnych zasadach i zapłacił za ten brak pokory utratą fabularnej spójności. Strategię przyjął ambitną – urealnić elżbietańską tragedię, odrzeć ją z teatralnego anturażu i zamienić w ponury majak paranoika, na granicy krwawego naturalizmu i greenawayowskiej gry z formą. Kiedy na ekranie po raz pierwszy pojawiają się postaci trzech wiedźm, powolna, nawiedzona intonacja przepowiedni zlewa się z transową muzyką, budując niesamowity klimat ponurego teledysku – tak mogłyby wyglądać Mickiewiczowskie "Dziady" nakręcone przez Nicolasa Windinga Refna. 


Mogłyby, bo idąc za literą dzieła Szekspira – poświęcając epicki obraz na rzecz poezji – reżyser rozpuszcza czysto filmowe spoiwo łączące kolejne epizody i okrężną drogą powraca do teatru. Jego "Makbet" podszywa się pod poetykę mainstreamowej superprodukcji, ale w szybkim tempie traci wartkość i przejrzystość – dostajemy zestaw monologów bez wyraźnego wspólnego mianownika, bez koniecznego w takich wypadkach podgrzewania napięcia i z trudno wyczuwalnymi climaksami. Udało się wprawdzie uniknąć koturnowości, jest za to zbyt wiele chłodu, emocjonalnego dystansu, jakby Kurzel chciał udowodnić, że szekspirowskiego bohatera nie trawi gorączka obłędu, ale współczesna depresja. Poza tym Fassbender i Cotillard to najbardziej zachowawczy Makbet i Lady Makbet w historii – kolejne linijki tekstu intonują z taką monotonią, jakby tragedia Szekspira została napisana w jakimś starożytnym, niezrozumiałym języku. Emocje zostają ograniczone do minimum – dostajemy czysty automatyzm, ale zastosowany chyba tylko w charakterze efekciarskiego uwspółcześnienia, bo nie towarzyszą mu stylistyczne i narracyjne wygibasy w klimacie Refna. Ktoś zresztą dobrze podsumował film Kurzela zaraz po pokazie prasowym – to stylowa błyskotka: pustka w środku, ale piękna. Osobiście samą tę "stylowość" "Makbeta" w dużym stopniu kupuję – na poziomie kinematografii to prawdziwy majstersztyk, popis technicznych możliwości operatora i postprodukcyjnego rzeźbiarstwa. Już dawno nie widziałem filmu, w którym obrazy miałyby taką moc oddziaływania – jakby za kinowym ekranem schował się magnetyzer i sterował ruchami naszych gałek ocznych. Zdjęcia Adama Arkapawa dosłownie pulsują, mienią się stroboskopowym światłem – jak w przypadku scen batalistycznych – albo przechodzą w fotograficzną statyczność i upodabniają się do średniowiecznych rycin – w momentach sennych majaków Makbeta albo w scenach grupowych. Finałowy pojedynek Makbeta z Makdufem to z kolei połączenie klasycznego malarstwa z estetyką filmu samurajskiego i komiksu o superbohaterach – zawieszone w pomnikowej pozie zwłoki Makbeta, surrealistyczna, czerwona mgła na pierwszym planie, kosmiczny krajobraz. Czyste efekciarstwo, ale także kwintesencja kinowej rozrywki. 


Film Kurzela przynosi więc wizualne spełnienie, ale jako adaptacja Szekspira plasuje się w średniej lidze – jest przeciętnie, czasami nawet irytująco. Dobrze, że komuś chce się jeszcze unowocześniać klasykę, szkoda tylko, że przy okazji nie spróbował lekko "nadpisać" zmurszałego tekstu Szekspira. "Makbet" napisany jak "Diabły" Kena Russella? Dla mnie brzmi dobrze. Na razie na zamku Forres wciąż czekają na następcę tronu – po prawej stronie króla, przy pustym tronie, zasiada samotny Adam Arkapaw. Dla jego mistrzowskiej roboty powinniśmy wyłączyć naszego "wewnętrznego szekspirologa" i skorzystać z dwóch godzin wizualnej rozkoszy. Warto – nawet dla tych kilku scen.