W Queen of the Desert (2015) Werner Herzog próbuje ożenić specyficzny dla siebie styl reżyserski z wielowątkowym eposem. Efektem nie jest biografia sensu stricto ani dramat z zacięciem historycznym, lecz filmowy romans w dworskim stylu, w którym dokonania tak barwnej postaci, jaką była Gertrude Bell, giną pod nawałem wystawnych przyjęć, flirtów i zmieniających się (choć niezmiennych) lokacji. Wydawałoby się, że dla tak wprawnego reżysera przełożenie biografii na biopic będzie swoistym samograjem, a sam film stanie się kobiecym odpowiednikiem Lawrence'a z Arabii (Lawrence of Arabia, 1962, D. Lean). Tak się jednak nie dzieje. Herzoga w mniejszym stopniu interesują ambicje Bell, a bardziej sercowe rozterki, co stawia najnowszy film twórcy Stroszka (1977) w rozkroku pomiędzy banalnym melodramatem a tanim filmem podróżniczym – pamiętnikiem z wakacji a sprawozdaniem z wyjazdu integracyjnego. Z kolei Nicole Kidman brakuje charyzmy, by udźwignąć ciężar granej przez siebie postaci, przez co maluje Bell z jednej strony jako osobę zdeterminowaną i nieustępliwą w forsowaniu swoich racji, z drugiej bujającą w obłokach, rozmiłowaną w poezji Bliskiego Wschodu globtroterkę. To tworzy dysonans pomiędzy tym, z czego wyszła a w czym utonęła główna bohaterka. I tu nie żal koni, dromaderów, nielicznych oaz i niezliczonych sekretów Arabii, tylko bezprzedmiotowo potraktowanej znaczącej, bo zapalnej dla samej Bell i dalszego rozwoju wydarzeń, znajomości z jednym z sekretarzy ambasady brytyjskiej w Teheranie – dyplomatą Henrym Cadoganem (James Franco). Postać Cadogana wypełnia raptem pierwszy akt, by zniknąć raz na zawsze, co czyni epizod Franco tym bardziej bezcelowym dla rozwinięcia i zakończenia filmu (abstrahując od braku aprobaty ze strony rodziny Bell względem ich ślubu i tragicznej śmierci wybranka). Jednak nie ma tego złego, gdyż z odsieczą nadciąga kolejny absztyfikant, wąsaty major armii brytyjskiej Charles Doughty-Wylie (Damian Lewis), jedyna postać, która zdaje się dostrzegać aspiracje Bell. Jednak i w tym przypadku ciekawie zaakcentowana miłostka szybko wytraca impet, przeistaczając się w pretensjonalny korespondencyjny romans. Jest i ten trzeci – słynny T.E. Lawrence (Robert Pattinson), który na tle dwóch poprzednich zalotników wypada najciekawiej. Szkopuł (choć zapewne niezamierzony) tkwi w tym, że postać Lawrence'a zamiast związywać akcję wywołuje odruchowo pojawiające się asocjacje z opus magnum Davida Leana, co skutecznie odwraca uwagę od fabuły filmu Herzoga.



 Królowa pustyni nosi znamiona osobistego dziennika podróżniczego, zawierającego w sobie kilka faktów i ocean uczuciowych wtrętów, co zapewne skutecznie podzieli widownię. Miejsca i postaci wschodzą i znikają, Bell zapoznaje kolejnych szejków, zakochuje się i odkochuje, odchodzi – by powrócić, i tak przez bite dwie godziny. Najnowszemu filmowi Herzoga brak przełamania względem głównej postaci filmu, na co szczerze liczyłem, szczególnie po jednej z początkowych scen, w której pewien wojskowy w sposób skrajnie krytyczny, choć na przestrzeni całości filmu niczym nie umotywowany, maluje obraz Bell jako „wyniosłej modliszkowatej hetery, egzaltowanej ględy i łajzowatego babiszona”. Czy to mit sfrustrowanego i mizoginistycznego umysłu, a może fakt, na temat rozwinięcia którego reżyser nie raczył się nawet zająknąć?


Źródło: sadeczanin.info