Death Comes to Pemberley (2013) 


„Death Comes to Pemberley” ogląda się, nie powiem, przyjemnie. Możemy nasycić chęć poznania dalszych losów ulubionych postaci, co zawsze jest w cenie. Możemy napatrzeć się na piękne wnętrza, piękne scenerie, piękne stroje i pięknych ludzi (przez Doktorowe udziewczęcenie zawsze zapominam, jak piękną kobietą jest Jenna Coleman). Możemy wyciągnąć karty do bingo z nazwiskami brytyjskich aktorów. Ale raczej nie przysłoni nam to smutnego faktu, że „Death Comes to Pemberley” nie jest ani specjalnie dobre, ani nawet warte zapamiętania.
Nie dlatego, że Anna Maxwell Martin, która jest pierwszym powodem, dla którego w ogóle zasiadłam do oglądania, i która zdecydowanie była natchnionym wyborem na starszą Elizabeth, nie dostała za wiele do zagrania. Nie dlatego, że Georgiana jest główną nagrodą w konkursie, kto jest lepszym przyjacielem domu. Nie dlatego, że do roli Jane zatrudniono Alexandrę Moen, ale zupełnie zapomniano tę rolę napisać - poważnie,  Jane przyjeżdża,  pociesza Lizzie i wyjeżdża, spokojnie można się było ograniczyć do listów. Nie dlatego, że wątek kto-zabił jest średnio emocjonujący.
O nie, największym problemem „Death Comes to Pemberley” jest to, że dostajemy świat i postacie zatopione w bursztynie. Poza pułkownikiem Fitzwilliamem, któremu charakter zmieniono na potrzeby fabuły, scenarzyści bali się nawet dotknąć charakterystyki postaci. Każdy z bohaterów odtwarza gładko znaną rutynę i o ile czasami jest to uzasadnione – w przypadku postaci drugoplanowych czy mrugania do widza i nawiązywania do „Dumy i uprzedzenia,” to trudno uwierzyć, że przez sześć lat wspólnego życia Lizzie i Darcy nie zmienili się ani na jotę (ona odnajdując się na nowej pozycji społecznej, on żyjąc z kimś, kto nie ma problemu z powiedzeniem mu, że nie postępuje jak należy), a Georgiana nie wykształciła sobie pod kuratelą Lizzie choćby szczątkowej osobowości. Jako taką ewolucję przechodzi jedynie Lydia Wickham, która okazuje się znać swojego męża lepiej niż się wydawało i być świadoma dotykającego ją ostracyzmu.  
W tym kontekście wątpliwości państwa Darcych, co do swojego małżeńskiego zaangażowania wypadają absurdalnie – Elizabeth chodzi i płacze (chociaż bez problemu postawi się mężowi w sprawie Georgiany, więc dziwne, że o innych kwestiach też z nim nie porozmawia), a Darcy pod wpływem komentarza Lydii zaczyna się zastanawiać, co kierowało Lizzie, kiedy przyjęła jego oświadczyny. Tak, jakby mowa była o kimś innym, niż o kobiecie, która za pierwszym razem posłała jego, jego tytuły i pieniądze do diabła, i która po sześciu latach bycia wielką panią chodzi w sukni, która byłaby tak samo na miejscu w Longbourn. Wygląda to tak, jakby Darcy miał jakieś potworne kompleksy, a przecież wiemy, że co jak co, poczucie własnej wartości ma dobrze ugruntowane.
Kiedy państwo Darcy się pogodzili, miałam wrażenie, że jedynym celem kłótni było umożliwienie sceny łóżkowej, bo, jak powszechnie wiadomo, małżeństwa w normalnych warunkach seksu nie uprawiają i trzeba dopiero poważnego kryzysu. Młody panicz zapewne został poczęty po sprzeczce, w której nadmorskiej miejscowości spędzić lato.
I jeszcze jedna zabawna rzecz. Ta historia mogłaby zagrać i bez trupa. Wystarczyłoby niezapowiedziane nie mile widziane pojawienie się państwa Wickhamów na balu. Pozycja Lizzie w towarzystwie, którą zapewne musiała sobie wywalczyć, biorąc pod uwagę, że towarzystwem zawiadują osoby pokroju Catherine de Bourgh, zostałaby podminowana. Georgiana zawahałaby się w wyborze kandydata do ręki nie dlatego, że tu serce, a tam interes, a dlatego, że nie ufałaby swojemu sercu, bo kto raz się sparzy, ten za drugim razem jest ostrożniejszy. A nowy Darcy mógłby próbować doprowadzić do porządku swoje relacje z Wickhamem, bez groźby powieszenia i wyciągniętych z kapelusza wspomnień o małym kłusowniku.
Mam jeszcze drugi pomysł alternatywnego poprowadzenia tej historii. Wickham niesłusznie zawisnąłby w pierwszej części, wyznanie Willa przyszłoby za późno i mieszkańcy Pemberley musieliby poradzić sobie z wynikłym kryzysem. Tak, jak było, działo się dużo, ale nie zdarzyło się nic.


Źródło: jeansandtee.blox.pl