Love & Friendship (2016) 


Kino nie bez powodu co kilka lat wraca do Jane Austen. To naprawdę świetna pisarka, a jej powieści to wręcz wzorcowe fabuły dla gatunku filmowego wymyślonego wiele, wiele lat po jej śmierci – oczywiście mówię o komediach romantycznych. I większość filmów opartych na jej prozie ogląda się naprawdę z przyjemnością… 
No właśnie, większość. Przyjaźń czy kochanie? nie należy do tej większości. Czemu? Może jakimś tropem jest już to, że powieść epistolograficzna Lady Susan, na której oparto tę opowieść, to wczesne dzieło Austen, którego ona sama nawet nie chciała publikować. Ukazało się wiele lat po jej śmierci, bo bratanek się uparł. Może jakąś sugestią jest to, że jak dotąd kino nigdy nie skusiło się na tę fabułę. Nie bez przyczyny. To po prostu słabiutka ramotka, gdzieś na poziomie drugorzędnego Fredry, do tego napisana w listach (i forma, i treść wskazują na inspiracje Niebezpiecznymi związkami). Owszem, powieść de Laclosa kilkakrotnie zekranizowano (i to z sukcesem), ale brali się za to świetni twórcy, a poza tym materiał źródłowy był o niebo lepszy.


Tu również mamy intrygantkę, która próbuje manipulować wszystkimi wokół, ale nawet w kreacji Kate Beckinsale nie jest w stanie wzbudzić w nas niczego poza wzruszeniem ramion. Nikomu w tym filmie nie da się kibicować – to po prostu nudna, oczywista fabuła z przewidywalnymi punktami zwrotnymi. Ale to jeszcze nic, bo największą wadą tego filmu jest jego forma.


 

Oto Whit Stillman usiłował bez większej wyobraźni i bez większego budżetu przenieść nas do Anglii sprzed wieków. Epatowanie średniej jakości kostiumami, wnętrzami i widokami wyszło tak sobie, tym bardziej że sceny przemieszczania się bohaterów wyrosły tu na jeden z ważniejszych lejtmotywów. Oto ktoś idzie. I idzie. I idzie. Albo jedzie powozem. I jedzie. Albo wchodzi służący i dopóki dobrze nie wejdzie, cała akcja stoi. Niczym w klasycznych filmach porno, przemieszczanie się postaci staje się jednym z najważniejszych wyróżników opowieści. A kiedy nie mamy tego, co najgorsze w porno, to dostajemy to, co najgorsze w telenowelach, czyli ktoś najpierw długo zapowiada, co zrobi, potem to szybko robi, a potem jeszcze dłużej opowiada, co zrobił. Tak twórcy wyobrazili sobie przełożenie listów na film. Należy wszystko raz pokazać i kilka razy opowiedzieć, korzystając (jak rozumiem) ze słów Austen. W niektórych dialogach świetnie to widać, bo jedyna reakcja drugiej osoby na długi monolog to potakiwania i powtarzanie niektórych kwestii. I tak to leci. Gdzieś tam w trakcie Kate Beckinsale, Chloe Sevigny czy Stephen Fry mają jedną czy drugą faktycznie zabawną kwestię, ale powiedzmy, że ja za to podwyższę o jeden punkt ocenę, a Wy możecie sobie całość darować.

Autor: