TURN: Washington's Spies (TV Serial 2014– )


Akcja Turn toczy się w latach 70. XVIII wieku, kiedy to zbuntowana kolonia, znana dzisiaj jako USA, walczyła z Anglikami o swoją niepodległość. Mamy po jednej stronie panów w niebieskich mundurach, po drugiej w mundurach czerwonych (dobrze, bo się widzom nie myli), a wszyscy chodzą w uroczych siwych perukach i pończochach, jakie były wtedy w modzie. Starcia głównych obozów to jedynie czubek góry lodowej, pod którym ukrywa się praca partyzantów, zwiadowców no i oczywiście szpiegów.
Główny bohater serialu, Abraham Woodhull (Jamie Bell), zostaje zwerbowany do bycia właśnie takim donosicielem w słusznej sprawie i staje (w sekrecie) po stronie walczących o wolność Amerykanów. A że mieszka w miasteczku opanowanym przez Anglików, a jego tatuś jest bardzo zaprzyjaźniony z odbierającym ważną korespondencję majorem Hewettem (Burn Goreman), ma wiele do przekazania w wysyłanych często listach i przekazywanych osobiście donosach. Jego działalność związana jest z całym systemem tajnych sygnałów. Nie brak tu ani kodu kolorów, ani tekturowych szablonów do listów, ani nocnego skradania się w łódce przemierzającej zamglone rzeki. Przy okazji oczywiście trup się ściele gęsto, na szczęście częściej wśród żołnierzy, którym mniej kibicujemy.


Turn to doskonała alternatywa dla osób zmęczonych kryminałami i widowiskami szpiegowskimi, w których największą rolę odgrywa nie fabuła, a efekty specjalne i nowoczesne technologie. Tutaj wydarzeń nie przerywa co chwila irytujący głos komórki, nikt też nie robi zdjęć. Nie ma komputerów, więc szpiegowanie zależy bardziej od twórczej inwencji szpiegujących. Listy idą całymi miesiącami, a jak Abraham chce skopiować jakiś dokument, to siada i bazgrze piórem, a czas mija, a napięcie rośnie… Dawno mi tak adrenalina nie skoczyła, jak przy oglądaniu tych prostych, ale zadziwiająco skutecznych poczynań.
Warto oglądać Turn także dlatego, że rzadko można spotkać takie nagromadzenia czarnych charakterów jak tutaj. Nie mogę należycie skupić się na ,,lekcji historii” ponieważ co chwilą muszę analizować kolejne niecne występki majorów, generałów, najemników i zwykłych obywateli. Właściwie nikogo nie da się tu tak naprawdę polubić, choć z samym Abrahamem można się zżyć. Niedościgły w swej fanatycznej nikczemności jest przede wszystkim major John Andre (JJ Feild w świetnej stylizacji z białym warkoczykiem). Niewiele ustępuje mu major Hewlett, który momentami jest bardziej głupi niż zły. Zdecydowanie najwięcej frustracji wzbudza za to ojciec Abrahama, sędzia Woodhull (Kevin McNally), traktujący syna z nachmurzoną, zarozumiałą wyższością. Moim osobistym faworytem jest jednak porucznik Simcoe, istny demon zła o rozbieganych oczkach, który bardzo przypomina totalnie szalonego Jokera, szczególnie po torturach, na które reagował dość osobliwie.


Już od pierwszych scen widać, że Turn jest kręcony z wielką starannością i dbałością o detale. Pomimo wielu niezgadzających się z ,,prawdziwą wersją” szczegółów, jest tu zachowana historyczna atmosfera. O realia zadbano ukazując na przykład, zupełnie odmienny od naszego, pogląd na wygląd i higienę osobistą. Przetłuszczone włosiny i brudne paznokietki to jeszcze nic. Nich się wrogowie Gendery wypowiedzą na temat tego, jak niemęskie jest noszenie trzewików na obcasie, paradowanie w białych rajtuzkach, czy zaczesywanie przez panów długich włosów w kiteczkę z kokardką.