Sons of Liberty (TV Mini-Serial 2015) 


„Sons of Liberty” to miniserial składający się z trzech półtoragodzinnych odcinków. Produkcja w fabularny sposób opowiada o genezie i początkach wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Głównymi bohaterami są przywódcy i członkowie tytułowego stowarzyszenia „Synowie Wolności” – Sam Adams (Ben Barnes), John Adams (Henry Thomas) i John Hancock (Rafe Spall). Kiedy Imperium Brytyjskie coraz bardziej naciska na swoje kolonie, mieszkańcy zaczynają się buntować przeciwko władzy Korony. Na ulicach miast dochodzi też do aktów przemocy i incydentów zbrojnych. I to właśnie w takich okolicznościach powstaje stowarzyszenie zrzeszające amerykańskich patriotów.
Wydarzenia historyczne są właściwie tylko bazą dla fabuły „Sons of Liberty”. Chociaż serial opiera się na nich, to bardziej przypomina produkcję przygodową niż historyczną. Fakty historyczne są w nim przedstawione na tyle, na ile jest to potrzebne, by zrozumieć ogólny przebieg wydarzeń i zarysować widzowi kontekst. Nawet jeśli nie ma się szczegółowej wiedzy na temat walki o niepodległość Stanów Zjednoczonych, można spokojnie usiąść do oglądania tego serialu. Jest to jego zdecydowany plus. Fabuła prowadzona jest tak, by każde kolejne wydarzenie było logicznym następstwem poprzedniego, a widz bez problemu rozumiał, co i dlaczego się dzieje. Nie ma tu niepotrzebnie ciągnących się dialogów, akcja toczy się szybko, a wydarzenia zmieniają się dynamicznie.
Może z wyjątkiem momentów, w których reżyser niepotrzebnie nadużywa zatrzymań i slow motion. Być może Kari Skogland naoglądał się za dużo filmów Petera Jacksona i podobnie jak on uważa, że zabijać i umierać należy w zwolnionym tempie, bo scen takich jest w „Sons of Liberty” stanowczo za dużo. Dodaje to serialowi niepotrzebnego i trochę karykaturalnego patosu. Przez to też twórcy osiągają efekt odwrotny od zamierzonego. Sam Adams idący zwolnionym krokiem z rozwianym płaszczem i wysoko uniesioną głową nie wygląda na natchnionego przywódcę rewolucji – wygląda po prostu śmiesznie.
Śmiesznie i przewidywalnie brzmią też czasem dialogi, zwłaszcza te, które mają być poważne i udowadniać determinację bohaterów bądź zaznaczać jakieś przełomowe momenty. Kiedy pod koniec odcinka „Dangerous Game” John Adams mówi do Sama „To się musi teraz skończyć”, jeszcze zanim ten drugi otworzy usta już wiadomo, że powie „To się dopiero zaczyna”.


Mimo to „Sons of Liberty” nie można odmówić dopracowania i szczegółowości. Wizualnie serialowi nie można nic zarzucić – scenografia i kostiumy utrzymane są na najwyższym poziomie, podobnie jak zdjęcia. Zbliżenia na detale mówią w tym serialu czasem więcej niż wymyślne sceny bitewne, które – swoja drogą – też są świetne i dopracowane, a których sporo jest zwłaszcza w odcinku trzecim. Każdego z (zapewne wielu) wydanych dolarów warta jest też skomponowana przez Hansa Zimmera („Mroczny Rycerz”, „Piraci z Karaibów”) muzyka w czołówce. To ona jako pierwsza udowadnia, że nie będziemy mieć do czynienia z nudnym serialem historycznym, ale z pełną przygód i zwrotów akcji opowieścią.
Na szczególną uwagę zasługują przedstawione w „Sons of Liberty” postacie. Chociaż wydawać by się mogło, że wiemy o nich wszystko (w końcu wielokrotnie zostały opisane na kartach książek), to w serialu tym przybierają one bardziej przyjazną formę. Poznajemy je od strony, z której nie opisuje się ich w encyklopediach. Żadna z postaci nie jest tak naprawdę jednoznaczna ani oczywista. Te dobre, chociaż kreowane na bohaterów, mają też swoje za uszami, natomiast te złe od czasu do czasu zrobią bądź powiedzą coś, co sprawia, że można je nawet przez chwilę polubić. Oczywiście poza generałem Gage’em, który jest po prostu brutalnym tyranem i despotą.
Historia przedstawiona w „Sons of Liberty” opowiadana jest widzowi z dwóch perspektyw: kolonistów próbujących utrzymać narzucany przez siebie ład i porządek oraz rewolucjonistów walczących o swoją świadomość narodową i niepodległość. Napięcie i dramatyzm buduje się tutaj stopniowo, małymi krokami, dzięki obserwowaniu poczynań i przygotowań obu stron.


Jeśli po „Sons of Liberty” ktoś spodziewał się serialu wartościowego, wiele wnoszącego do tematu walki Stanów Zjednoczonych o niepodległość, to stanowczo się zawiedzie. Jeśli jednak poszukiwał dobrze zrealizowanej produkcji opowiadającej o znanych wydarzeń w ciekawy sposób, to jest to serial dla niego. „Sons of Liberty” udowadnia, że historia wcale nie musi być tak nudna, jak może nam się wydawać po przeczytaniu rozdziału w książce czy encyklopedii, a za historycznymi wydarzeniami stali ludzie z krwi i kości, tak samo prawdziwi jak my i tak samo niedoskonali.

Autor: