Crimson Peak (2015)


„Crimson Peak” to w założeniu gotycki horror, ale Guillermo del Toro nie ma najmniejszego zamiaru trzymać się wąskich ram gatunku i stara się manipulować konwencją, tworząc coś świeższego. Z jednej strony obserwujemy naprawdę nietypową opowieść o duchach, w której reżyser nie korzysta z nich tylko i wyłącznie jako motywu do straszenia, ale raczej widzi je w roli formy opowiadania tej historii. Z drugiej strony szybko wychodzi, że „Crimson Peak. Wzgórze krwi” to coś o wiele więcej niż tylko film o duchach. Dobra manipulacja schematami i popkulturowymi inspiracjami tworzy interesującą mieszankę.
Film ten ma pewną gigantyczną zaletę, dla której koniecznie trzeba go obejrzeć – jest on przecudny wizualnie. Guillermo del Toro tworzy obraz po prostu przepiękny, w którym kostiumy, nadzwyczajna scenografia, świetne zdjęcia i zabawa kolorami zapewniają prawdziwą ucztę dla oczu. Do tego wszystkiego reżyser wykazują się niezwykłą pomysłowością w ukazywaniu duchów. Przygotowane koncepty są bardzo mocno osadzone w stylu del Toro, więc jeśli oglądaliście cudowny „Labirynt fauna„, dostrzeżecie to bez trudu. Jednocześnie jest w tym sporo kreatywności i świeżości, dzięki czemu oglądanie tych duchów jest na swój sposób intrygujące i przerażające, bo jednocześnie jest to widok piękny i obrzydliwy. Biorąc pod uwagę, że del Toro podczas pojawiania się duchów buduje mocny, gęsty klimat, ogląda się to z niezwykłą radością. Pod tym względem zrealizowano to z pazurem.
O ile „Crimson Peak. Wzgórze krwi” wygląda genialnie, a niektóre pomysły zachwycają, to fabularnie niestety nie jest najlepiej. Dostajemy opowieść trochę zbyt banalną i sztampową jak na wyczyny takiego reżysera, po którym należy oczekiwać czegoś ponadprzeciętnego. Fabuła jest straszliwie prosta, a efektem tego jest bolesna przewidywalność. Wprawne oko doświadczonego w bojach widza szybko wyłapie każdy kolejny etap rozwoju, a to jest wada, gdyż wszelkie zaskoczenia nie działają tak, jak powinny. Obserwujemy tak naprawdę zbyt oczywiste rozwiązania, które po prostu już wielokrotnie były przerabiane w popkulturze. Do tego wszystkiego bohaterowie nie błyszczą – del Toro oferuje nam gamę postaci dość papierowych, jednowymiarowych, których motywacje są łopatologicznie przedstawione i w ramach rozwoju opowieści nie nabierają większej wyrazistości. Szkoda, bo takim sposobem słynny reżyser nie wykorzystuje aktorskiego potencjału Toma Hiddlestona, Mii Wasikowskiej czy Jessiki Chastain. Charlie Hunnam to najsłabszy element, pozbawiony jakichkolwiek interesujących cech, a jego rolę w historii można opisać w kilku słowach.


Po tym, jak Guillermo del Toro mówił, że „Crimson Peak. Wzgórze krwi” będzie czymś kompletnie nowym i świeżym w historii o duchach, można było spodziewać się czegoś wyjątkowego i nietypowego. Pod wieloma względami tak jest, ponieważ atmosfera jest fantastyczna, a wizualnie to prawdziwe mistrzostwo, szkoda tylko, że sposób straszenia jest banalny (typowe nagle wyskakujące elementy), fabularnie trochę sztampowo, a postacie nie zachwycają. Jest nieźle, ale mogło być z tego coś, co stałoby się klasykiem gatunku.