Into the Woods (2014)


"Into the Woods", czyli słynny broadwayowski musical Stephena Sondheima i Jamesa Lapine'a, to ponura reinterpretacja klasycznych baśni. Rob Marshall starał się jak mógł, aby ograniczyć kontrowersyjne treści. Teksty piosenek pozostały niezmienione, gęste i niebezpieczne jak tytułowy las. Świat przedstawiony to smutne i okrutne miejsce, gdzie nie ma jednoznacznego podziału na dobro i zło. Zakończenie wszystkich baśni tutaj jest początkiem drugiego aktu. Jest to Freudowska w duchu opowieść, znajdująca w opowiadanym dzieciom na dobranoc baśniach świadectwo traum cywilizacyjnych. Przestroga przed tym, jak bardzo mały i żałosny może być człowiek, gdy już wejdzie "do lasu".

Reżyser, który w "Chicago" znalazł sposób na obłaskawienie podłości bohaterów, musiał być świadom niezręczności sytuacji w jakiej się znalazł. Wytwórnia Disneya może zdobyć się na ironiczne podejście do swojego dziedzictwa jak w "Zaczarowanej", ale nigdy na jednoznacznie depresyjne. Marshall prześlizgnął się ze sprawnością cenzora przez najmocniejsze elementy sztuki, a większość ułagodził.  Zachował się trochę jak ekranowy Kopciuszek: jego decyzją  był brak decyzji. Drugi akt wyraźnie traci tempo, bo wiele elementów wypadło poza kadr, co jest bardziej właściwe dla przedstawień teatralnych.  Twórcy nie potrafili też wykorzystać świetnego poczucia humoru oryginału, większość żartów ginie w mrokach lasu.

Pozostał wydźwięk tekstów, który aż nadto sugeruje mroczne konteksty i świetni aktorzy, którzy dokładnie wiedzą, o czym śpiewają. Emily Blunt zachwyca jako kobieta postawiona przed faktem dokonanym, w której kiełkują nienazwane żądze, a Chris Pine - książę z bajki, karykaturalnie męski i bezwzględny w kontaktach z płcią przeciwną, potrafi pokazać wrażliwość ukrytą pod nikczemnym zachowaniem. Jego piosenka "Agony" to najlepszy musicalowy moment filmu. W przeciwieństwie do poprzedniej ekranowej adaptacji Sondheima, "Sweeney Todda", aktorzy nie siłują się z trudną i niekonwencjonalną warstwą melodyczną. Nawet Johnny Depp, któremu wyraźnie służy mniejsza, charakterystyczna rola, błyszczy w epizodzie o niezdrowym zabarwieniu erotycznym.  Jest jeszcze Meryl Streep w roli Wiedźmy,  która, choć nie musi już niczego udowadniać, dała z siebie wszystko w piosence "The Last Midnight", łącząc żal, wściekłość i zrozumienie dla ludzkich słabości.

Film pełni klasyczną funkcję bajek – jest przestrogą. Wychodząc z kina może nie nuci się żadnej konkretnej melodii, ale pozostaje ponury rytm Sondheimowskiej orkiestry. Nieznośny rytm sugerujący, że zawsze gdzieś coś na nas czyha. Prawdopodobnie jesteśmy to my sami.