© Disney

Maleficent (2014)

 

Filmy Disneya zawsze zachowywały wyraźny podział na dobrych i złych. Nie było wątpliwości komu kibicować i które postawy są godne naśladowania. W „Czarownicy” sprawa się nieco komplikuje, bo tutaj nikt nie jest absolutnie zły bądź dobry, a zło nie jest cechą wrodzoną, tylko nabytą.
Disney podjął kolejną rewizjonistyczną próbę spojrzenia na dobrze znaną baśń, tym razem na „Śpiącą Królewnę”. W nowej odsłonie nic już nie jest tylko czarne lub białe, a postacie, które dotychczas uchodziły za złe, wysuwane są na pierwszy plan.
Angelina Jolie wcieliła się w tytułową Czarownicę, która w akcie zemsty rzuca klątwę na nowo narodzoną księżniczkę – zanim ukończy 16 lat ukłuje się wrzecionem i zapadnie w wieczny sen. Jak to się stało, że Diabolina jest tak zła, iż mści się na niewinnym dziecku? Nowy film Disneya wyjaśnia tę zagadkę. „Czarownica” rozpoczyna się sielskimi scenami z życia magicznej krainy. Mieszka tam utalentowana wróżka, która zaprzyjaźnia się z osieroconym chłopcem Stefanem. Z czasem Diabolina wyrasta na najzdolniejszą ze swego ludu, a Stefan wyrasta na młodzieńca z ogromnymi aspiracjami. Uczucie, które między czasie się pomiędzy nimi narodziło, szybko zostaje stłumione przez ślepą ambicję i żądzę władzy Stefana. Aby zostać królem, dopuści się okrutnej zdrady, która zmieni serce Diaboliny w martwą ruinę.
Znając disneyowską „Śpiącą Królewnę” z 1959 roku można się mniej więcej domyślić co następuje dalej. Z tym, że w „Czarownicy” królewna (nijaka Elle Fanning) zostaje całkowicie przyćmiona przez Jolie. Król Stefan wyrasta na iście czarny charakter. Matka Aurory jest zupełnie nieobecna – w pewnym sensie to Diabolina staje się ekwiwalentem matki i – koniec końców – pozytywnym bohaterem całej historii. Wszystko to ma formę dopracowanego wysokobudżetowego widowiska. Są tu dynamiczne jazdy kamery, precyzyjnie zrealizowana animacja i jej zgrabne połączenie z grą żywych aktorów, 3D oraz narracja z offu, która nie pozostawia miejsca na niedomówienia. W teorii wygląda to jak przepis na kasowy hit, w praktyce jednak wyszło nieco inaczej.
Angelina Jolie wydawała się wręcz idealną aktorką do roli Czarownicy ze swoją wyrazistą, sensualną urodą i mrocznymi obszarami osobowości. Dla podkreślenia charakteru postaci jej twarz została cyfrowo zmodyfikowana, aby mocniej wydobyć kości policzkowe, które wydają się ostre jak żyletki. Czarownica ma rogi i nakrycie głowy, które nie do końca wiadomo, czy jest fizycznie częścią jej ciała. Cała charakteryzacja jest dosłownym powtórzeniem wyglądu złej wróżki z animowanej wersji „Śpiącej Królewny” z 1959 roku (podobnych cytatów jest zresztą znacznie więcej). W wizerunku Diaboliny drażni jednak klasyczny makijaż, którego nijak nie można nazwać charakteryzacją.
Sama kreacja aktorska Jolie jest w zasadzie poprawna, jednak jej postać zbyt gładko przechodzi z dobrej na złą stronę mocy i z powrotem. Zabrakło wewnętrznego zniuansowania postaci, ukazania konfliktu i wynikających z nich emocji. Dlatego jej występ ma mdły posmak pantomimy, który można porównać do jej roli w „Aleksandrze” Oliviera Stone’a, czy matki Grendela w „Beowulf” Roberta Zemeckisa.
Wiele do życzenia pozostawia także reżyseria, którą zajął się debiutujący w tej roli Robert Stromberg, zdobywca Oscara za scenografię do „Avatara” i „Alicji w Krainie Czarów”. W niektórych momentach nie udało mu się utrzymać napięcia, podbić dramaturgii, przez co cały obraz traci na wyrazistości. Należy mu jednak oddać sprawiedliwość, gdyż w trakcie realizacji filmu miał wielu „pomocników”, którzy z pewnością ingerowali w kształt finalnego dzieła, z Angeliną Jolie na czele, która jest też producentką „Czarownicy”. Udział Stromberga wniósł jednak wysoką jakość wizualną filmu. W „Śpiącej Królewnie” z 1987 roku (z dzisiejszej perspektywy anachronicznej, ale wspominanej z sentymentem) wróżka nie zostaje zaproszona na chrzciny królewny, bo zabrakło dla niej złotego talerza. Jako, że mieszkała daleko, para królewska uznała, że nawet nie dowie się o przyjęciu. Niestety zła wróżka przybywa na ucztę i mszcząc się za brak zaproszenia, rzuca urok na księżniczkę. Jakże naiwne i prozaiczne wydają się jej motywacje w porównaniu z Diaboliną. Ukazanie wielowymiarowości szwarccharakterów w baśni, to dobre i wartościowe posunięcie. Szkoda jednak, że nie dokręcono śruby, by wydobyć całą dramaturgię tego pomysłu. W efekcie powstał film trochę zbyt mroczny dla małych dzieci, a zbyt naiwny oraz przewidywalny dla starszych widzów.

Źródło: kinomovie.pl