"The Lone Ranger" mimo swojej niedawnej premiery oraz współczesnych form realizacyjnych jest filmem tak archaicznym jak idea słuchowiska radiowego, z którego się wywodzi. Widowisko wytwórni Disneya jest długie, momentami drepcze w miejscu i trudno dojrzeć w nim jakiś zamysł. Reklamowane jako dzieło twórców filmu "Piraci z Karaibów", skierowane raczej do młodszych odbiorców (polski dubbing), pozostaje filmem wymykającym się prostej klasyfikacji, czego w tym przypadku nie można uznać za zaletę. Jest to historia Johna Reida (w tej roli Armie Hammer), młodego prokuratora, który w czasie podróży pociągiem z Bostonu do rodzinnego Teksasu jest świadkiem ucieczki przestępcy o kanibalistycznych skłonnościach, znanego jako Butch Cavendish (William Fichtner). Gdy oddział teksańskich stróżów prawa polega podczas obławy, John zmuszony jest przywdziać maskę i sam stać się ręką sprawiedliwości. Pomaga mu Indianin Tonto (Johnny Depp), który również ściga Cavendisha, wierząc, że jest on mistycznym potworem windigo. Reżyser Gore Verbinski wraz ze scenarzystami, z którymi stworzył trylogię "Piratów z Karaibów", oferuje nam ponaddwugodzinny film, który nie jest ani westernem, ani typowym kinem familijnym. W pewnym sensie jest to sytuacja analogiczna do trylogii "Piratów", która została zbudowana na fundamentach filmu o morskich bandytach, ale z elementami zaczerpniętymi z innych gatunków. W przypadku "Jeźdźca..." jednak można odnieść wrażenie, że twórcy przedobrzyli w zbyt wielu kierunkach. Z jednej strony fabuła zbudowana jest na kliszach, których nie znać mogą jedynie najmłodsi widzowie, z drugiej – mimo unikania naturalistycznych obrazów na ekranie obecna jest krew i poza kadrowe sugestie o zabarwieniu gore. Wymowę obrazu załagodzić miał chyba Johnny Depp, który od czasu do czasu wtrąca jakiś zabawny komentarz. Momenty te są jednak nieliczne, żarty wymuszone, a sam Johnny bezbarwny, co prowadzi do smutnego wniosku, że jego rola stanowić miała przede wszystkich chwyt reklamowy. "Jeździec znikąd" został oparty na słuchowisku radiowym z 1933 roku, które doczekało się także adaptacji telewizyjnej w latach 50. W finale filmu widać nawiązania do tego pierwowzoru. Pada imię konia legendarnego bohatera, słychać uwerturę Williama Tella, która była motywem przewodnim w serialu, a na samym końcu pojawia się również charakterystyczny okrzyk Rangera. Niestety, nie zostaje to sfunkcjonalizowane. Wesoła muzyczka jako tło dla finału wyraźne kontrastuje z obrazem, nie tylko odzierając go z emocjonalnego wpływu na widza, ale wręcz czyniąc z niego kiczowaty klip, którego oglądanie wywołuje poczucie zakłopotania. Mając do wyboru parodię lub opowiedzenie historii na nowo, autorzy nie wybierają niczego. Sprzedają coś, czego nazwanie sprawia poważne problemy. W czasach, gdy odkopywanie zapomnianych klasyków i pokazywanie ich w nowych odsłonach stało się sposobem na zdobycie nie tylko pieniędzy, ale także uznania widzów i krytyków (vide Christopher Nolan i jego "Mroczny Rycerz") "Jeździec znikąd" jest ekranizacją, która nie tylko nie pokazuje niczego nowego, ale wręcz ignoruje ostatnie 30 lat światowej kinematografii, co nie tylko utrudnia wskazanie grupy docelowej, ale czyni to wręcz niemożliwym.

Autor: Paweł Panfil /filmweb