"Wuthering Heights (2011)" w rękach Andrei Arnold  zostały poddane ostremu liftingowi. Operacja plastyczna się jednak powiodła: angielska reżyserka wydobyła z XIX-wiecznego romansu Emily Brontë wszystko, co może poruszyć współczesnych nastolatków. Potem doprawiła to odrobiną pieprzu, bo przecież pokolenie wychowane na serialu "Skins" niejedno już widziało. Największe dyskusje wśród fanów literackiego oryginału wywoła, oczywiście, metamorfoza męskiego bohatera, Heathcliffa. W książce jest on sierotą z korzeniami cygańskimi, w filmie zaś – afrykańskimi. Zmiana koloru skóry pociągnęła za sobą przeniesienie akcentów: Brontë pokazywała miłość ponad podziałami klasowymi, Arnold ukazuje kochanków próbujących przezwyciężyć rasizm otoczenia. Brat lubej Heathcliffa, Hindley, powiada w jednej ze scen do swojego ojca: On nie jest moim bratem, to czarnuch! W filmie w ogóle nie brakuje mięsistego słownictwa, które Brontë, dobrze wychowanej córze romantyzmu, raczej nie przeszłoby przez gardło. To właśnie jedna z tych pieprznych zmian. Druga, jeszcze bardziej widoczna, dotyczy rozerotyzowanego, podszytego domieszką sadomaso, nastroju adaptacji. Dość wspomnieć, że w jednej ze scen Cathy zlizuje krew z pleców Heathcliffa. W innej nieszczęśliwy młodzieniec gryzie wargę szwagierki swojej ukochanej. Podobne zabawy ogląda się nawet z przyjemnością, czego nie można już powiedzieć o scenach zabijania zwierząt. Arnold zarzeka się, żaden z naszych mniejszych braci nie ucierpiał w trakcie realizacji filmu, ale nie zmniejsza to wcale niesmaku na widok ubijanych królików i owiec, a także wieszanych psów. Miało to zapewne spotęgować wrażenie naturalizmu. Arnold z operatorem Robbiem Ryanem ucieka od wszystkich "atrakcji", jakie zwykło się kojarzyć z produkcjami kostiumowymi. Gdy prowadzona z ręki kamery wędruje po folwarku rodziny Earnshowów, ostatnie słowo, jakie ciśnie się na usta, to "ładny". Andrea Arnold wręcz rozkoszuje się brzydotą epoki. Tylko w sekwencjach spotkań bohaterów na wrzosowiskach w reżyserce odzywa się zmysł estetki. Widoczki, choć wciąż filmowane na "surowo", są tak piękne, że od razu ma się ochotę zamówić dwa bilety na romantyczny wypad z narzeczoną do Anglii. Krytyk z "The Hollywood Reporter" porównał obrazy przyrody w "Wichrowych wzgórzach" do tych z metafizycznych filmów Terrence'a Malicka. Nie zdziwię się, jeśli Ryan będzie w tym roku jednym z głównych kandydatów do operatorskiej nagrody na Camerimage. Na koniec kilka słów o aktorach. Heathcliff i Cathy grani są w filmie przez dwie pary, gdyż (jak wiadomo) akcja rozgrywa się na dwóch planach czasowych. Niestety, między drugą, dorosłą parą (naturszczyk James Howson i znana ze "Skins" Kaya Scodelario) nie ma chemii. Wina nie leży jednak po stronie odtwórców ról (ci w pojedynkę dają radę), lecz reżyserki. W trakcie castingu nie zauważyła najwyraźniej, że we wspólnych scenach brakuje "tego czegoś". Na szczęście pierwsza, "nastoletnia" połowa filmu jest angażująca emocjonalnie na tyle, że w dalszych partiach, gdy ciśnienie zaczyna opadać, widz wciąż z zaangażowaniem śledzi historię.

Inne adaptacje:  Wuthering Heights (TV 2009)  wersja BBC, Cime tempestose (TV 2004) włoska produkcja.

Autor:  Łukasz Muszyński