Europejska koprodukcja Henri 4 (2010) opowiada dzieje Henryka z Nawarry, którego postać fani muzyki filmowej mogą kojarzyć ze wspaniałego filmu Patrice’a Chereau Królowa Margot. O ile tam historia francuskich wojen religijnych opowiedziana została z perspektywy Małgorzaty de Valois, tym razem punkt widzenia został odwrócony na rzecz jej małżonka. Królowa Margot dla muzyki filmowej ma znaczenie w pewien sposób wyjątkowe – pamiętna ścieżka Gorana Bregovica, na pozór anachroniczna, była wspaniałym, artystycznym komentarzem, który metaforycznie łączył Noc Św. Bartłomieja i jej następstwa z krwawym konfliktem w Jugosławii. Był to ze strony twórców filmu fenomenalny, odważny koncept, który muzyka Bregovica zdołała pięknie udźwignąć. Królową Margot przywołuję tu nie bez powodu, chciałem bowiem pokazać, że kino historyczne można ubrać w nowoczesne szaty – niestety Jackmanowi kompletnie się to nie udało. Henri IV zawodzi na dosłownie każdej płaszczyźnie (za wyjątkiem może banalnego, ale wykazującego odrobinę subtelności i aranżacyjnego wysiłku tematu miłosnego dla Gabrielle): wstawki elektroniczne są katastrofalne, smyczkowe elegie trącą plastikowym hollywoodzkim melodramatyzmem, co zaś najgorsze ścieżka zupełnie nie radzi sobie w filmie. Chybiona jest również jej konstrukcja – zupełnie nie wiadomo, co Jackman tak naprawdę chciał osiągnąć, pierwsza połowa bowiem brzmi mocno rewizjonistycznie (intensywne wykorzystanie elektroniki i sampli, modernistyczne zacięcie, względna „kameralność” jak na kino epickie, co ostatecznie mogłoby być interpretacją Henryka jako króla nowoczesnego, wybiegającego w przyszłość - o czym mowa była w jednym z wywiadów), by potem przybrać kształty ubogiego, kiczowatego kuzyna dosadnej zimmerowskiej liryki i zupełnie zatracić swój stonowany dotąd kształt. Niewiele lepiej funkcjonuje muzyka źródłowa - szczątkowe wykorzystanie chóru cechuje się pretensjonalnym efekciarstwem, jak gdyby Jackman nie zauważył, że próby osiągnięcia patosu przy pomocy audiowizualnego kontrastu są we współczesnym kinie tak oklepane, że aż groteskowe. Cały ten chaos można by jeszcze przełknąć, gdyby poszczególne jego składniki prezentowały wysoki poziom. Niestety, także pod tym względem Henri IV mieści się pośród najbardziej rozczarowujących dokonań studia Remote Control Productions. Faktura muzyczna zredukowana jest do minimum (już Robin Hood Streitenfelda wypadał pod tym względem ciekawiej), ze szczątkowym wykorzystaniem solowych instrumentów (gitara i obowiązkowy duduk, wykorzystany jednak zupełnie bez wyobraźni w dusznej scenie miłosnej); ubóstwo aranżacyjne Jackman próbuje ukryć elektroniką, której – o zgrozo – najbliżej do osiągnięć Tylera Batesa na potrzeby kina grozy (tragiczne The Hugenots oraz Louvre). Jaki efekt daje ta decyzja w kinie kostiumowym, nietrudno zgadnąć. Kiepską ilustrację Streitenfelda wspomniałem powyżej nie bez powodu. O ile bowiem Robin Hood charakteryzował się jeszcze znikomym ułamkiem własnego brzmienia, o tyle Henri IV prezentuje się po prostu jak sampler, amatorsko podłożony pod film. Są tutaj smyczkowe ostinata, w których gustują ostatnimi czasy wszyscy naśladowcy Zimmera (A Destiny Revealed), jest nieudolne naśladownictwo awanturniczego stylu pirackiej trylogii (Henry’s Escape), jest prymitywna muzyka akcji czerpiąca z najgorszych wzorców RCP (The King is Dead, Long Live the King oraz kilka niewydanych na albumie fragmentów z filmu), jest wreszcie stylistyczna karykatura hymnów Vangelisa (Journey to Paris). Treści niestety nie ma to za grosz, poza Gabrielle żaden bohater nie został muzycznie „zdekonstruowany”, jak gdyby z perspektywy Jackmana wszyscy byli kukłami bez emocji i namiętności. Kompozytor przez przypadek osiągnął najwyższy stopień abstrakcji – jego muzyka o niczym nie mówi, istnieje sama dla siebie. Jaki z tego pożytek ma film, wie chyba tylko Jackman. Celowo przez te kilka akapitów milczałem na temat błogosławiącego projekt Zimmera, jako że jego niejasny wkład w przedsięwzięcie jest prawdopodobnie szczątkowy. Faktem jednak jest, że Niemiec zgodził się umieścić na okładce swoje nazwisko, co czyni go współodpowiedzialnym za tę artystyczną klęskę. Produkcja albumu dodaje całości niezamierzonego komizmu: utwory z epoki, którymi przemieszany jest score, zdają się być nie na miejscu. Bardzo to ciekawy rezultat w przypadku filmu rozgrywającego się w XVI wieku. Nieudolne, pospolite, bezideowe, bezbarwne, beznadziejne. 

Autor: Marek Łach /filmmusic.pl