Great Expectations (2012)

Nową ekranizację wielokrotnie adaptowanej powieści Charlesa Dickensa o osieroconym chłopcu, podniesionym do wysokich sfer wolą i majątkiem dawnego galernika zrealizował Mike Newell ("Cztery wesela i pogrzeb", „Harry Potter i czara ognia”). Jej główną cnotą i metodą jest wierność wobec oryginału: na poziomie fabularnym, wizualnym i językowym.

Opowieść o dojrzewaniu Pipa niemal w całości przeniesiono do filmu, pominięto jedynie wątki poboczne jak wizyty u wielodzietnej rodziny jego przyjaciela, Herberta. Ograniczono wątki urzędowo-prawno-więzienne i skrócono sekwencję ucieczki łodzią. Rozległe połacie bagien, na których Pip się wychował, wnętrze ogromnego domu Panny Havisham, w którym zatrzymano wszystkie zegary czy brudny, zatłoczony Londyn są wcieleniem ikonicznych opisów Dickensa. Podobnie rzecz się ma z bohaterami: wyraziste portrety literackie nie tracą po przeniesieniu na ekran. Delikatny i łagodny kowal Joe (Jason Flemyng), zdziwaczała Panna Havisham (Helena Bonham Carter) czy galernik i banita Magwitch (Ralph Fiennes) dorównują wyobrażeniom o literackich pierwowzorach. Postaci dickensowskie są znane brytyjskim odbiorcom tak dobrze, jak niegdyś bohaterowie Sienkiewicza czy Prusa byli znani polskim. Jakąż frajdą dla nich musi być ocenianie nowych wcieleń znakomicie znanych ikon kultury narodowej. W szczególności pojawienie się znanych z wcześniejszych ról Królowej Elżbiety ("Jak zostać królem") i Bellatrix Lestrange (cykl filmów o Harrym, Potterze) - Heleny Bonham Carter czy Amona Goetha ("Lista Schindlera") i Lorda Voldemorta (znów Harry Potter) - Ralpha Fiennesa może wywołać wyjątkowe emocje. Okazuje się, że z szacunkiem traktowana klasyka nie potrzebuje uwspółcześnienia. Magnesem jest zainteresowanie rodzimą rolą hollywoodzkich gwiazd. Film dyskretnie pełni też rolę edukacyjną ogrywając najsłynniejsze powieściowe wyrażenia jak „nieboszczyk parafii tutejszej” i „małżonka powyższego” czy zachowując całe kwestie dialogowe w oryginalnej formie. Młodą publiczność trudno zachęcić do czytania nie tylko w Polsce.

Filmowe „Wielkie nadzieje” mają siłę starodawnej baśni o miłości i przyjaźni, niebezpieczeństwach dojrzewania i awansu społecznego, a także znaczeniu takich cnót jak wdzięczność, wierność, poświęcenie i przebaczenie. Losy bohatera opowiadane są, jak w książce, linearnie, od lat dziecinnych po wiek dorosły. Tajemnice przeszłości postaci drugoplanowych – Panny Havisham i Abla Magwitcha – zostają ujawnione w retrospekcjach. Ich styl, zdjęcia robione w nieostrościach, wyjątkowo się tu – w filmie kostiumowym na pograniczu baśni - sprawdzają. Konserwatyzm w traktowaniu klasyki Brytyjczykom się opłaca. Nie potrzebują jej uwspółcześniania, wystarczy świadomość widzów, że za ekranizację tej dawnej baśni odpowiadają ci sami twórcy, którzy podpisali się pod baśnią na wskroś współczesną, o Harrym Potterze. Jednocześnie jest to ta sama opowieść, którą niemal 80 lat wcześniej przenosił na obraz Stuart Walker, 70 lat temu - David Lean i która doczekała się kilku adaptacji na seriale i filmy telewizyjne. W jednym z nich z 1989 roku wystąpił w roli Abla Magwitcha -Anthony Hopkins, kowala Joe – goszczący ostatnio w Krakowie John Rhys-Davies. W innym z 1999 roku w Pannę Havisham wcieliła się Charlotte Rampling, a z 2011 roku – Gillian Anderson.

Podziwu godne jest przywiązanie Brytyjczyków do własnej kultury i ufności w jej ponadczasowość. Wiara, że dobrze opowiedziana ważna historia sama się obroni. Że mit, w który się zamienia, przenosi uniwersalne wartości i znajduje wśród cynicznej rzekomo widowni wdzięcznych odbiorców.

Katarzyna Skorupska / portalfilmowy.pl