The Mill and the Cross (2011)
"Młyn i krzyż" był jednym z najbardziej wyczekiwanych polskich filmów tego roku. Odkąd rozpoczęła się kampania reklamowa, było jasne, że najnowsza produkcja Lecha Majewskiego, wzorem jego poprzednich obrazów, będzie przedsięwzięciem nietuzinkowym. Pomysł przeniesienia na szklane ekrany obrazu renesansowego malarza Petera Breugla wydawał się równie ambitny i oryginalny, co trudny do zrealizowania. Czy Majewski sprostał wyzwaniu, jakie przed sobą postawił?
Trudno w przypadku "Młyna i krzyża" mówić o tradycyjnie pojmowanej fabule. Film Majewskiego jest tak naprawdę ekranizacją malarskiego arcydzieła. Wyobraźmy sobie, że "Droga krzyżowa" Petera Bruegela ożywa. Wydarzenia, które widać na obrazie, oglądamy nie formie statycznej, jak na malowidle, ale żywej, ruchomej - tak, jak dzieje się to w kinie. Dodatkowo poznajemy historię poszczególnych bohaterów "Drogi krzyżowej", zwłaszcza tych drugoplanowych, zwyczajnych ludzi, zamieszkujących targane wojnami szesnastowieczne Niderlandy. Narratorem, który o nich opowiada, jest sam autor obrazu, Peter Bruegel, w którego rewelacyjnie wcielił się znany hollywoodzki aktor - Rutger Hauer.
Lech Majewski wprawdzie nakręcił "Młyn i krzyż", jednak taka interpretacja obrazu flamandzkiego artysty zrodziła się także w głowie pisarza Michaela Francisa Gibsona, którego książka o tym samym tytule była wnikliwą analizą obrazu Bruegela. Gibson, będąc pod wrażeniem wcześniejszego dzieła Majewskiego, "Angelos", zdecydował się zaproponować mu współpracę. Jej owoce można oglądać od 18 marca na ekranach polskich kin.
Interpretacja "Drogi na kalwarię", jaką przedstawiają widzowi Majewski z Gibsonem, nie należy do odkrywczych. Próżno szukać w niej oryginalnego spojrzenia na dzieło Bruegela. Mało tego, twórcy nie zmuszają oglądającego do wysiłku, podając interpretację na tacy słowami Rutgera Hauera. Fenomenalnie wcielając się w rolę malarza Petera Breugle'a, przedstawia szereg koncepcji i pomysłów, jakie przyświecały mu podczas sporządzania obrazu. Majewski zdecydował się w tym wypadku na interesujące rozwiązanie, dzięki któremu widz ma szansę zobaczyć samego artystę w trakcie pracy nad arcydziełem, ale zarazem ograniczone pole manewru, jeśli chodzi o samodzielną interpretację filmu i obrazu. Ci, którzy przed obejrzeniem "Młynu i krzyża" byli zainteresowani twórczością Bruegela, zachwycić się mogą przede wszystkim formą filmu. W samym przekazie bowiem trudno będzie im znaleźć coś nowatorskiego.
Uwagę widza zainteresowanego historią na pewno przyciągnie wierne oddanie realiów, jakie panowały w szesnastowiecznych Niderlandach. Majewski przedstawia hiszpańską okupację tych terenów, nie oszczędzając odbiorcy całego okrucieństwa, jakim charakteryzował się ten okres, a które Bruegel zawarł w swoim arcydziele. Bardzo wysoki poziom prezentują kostiumy, wierne epoce, w jakiej toczy się akcja filmu. Grzechem byłoby też pominąć fakt, że Majewski niemałą uwagę poświęca życiu przeciętnego człowieka z tamtego okresu. Tak oto możemy ujrzeć codzienność szesnastowiecznych chłopów i rzemieślników, przyjrzeć się ich pracy, życiu rodzinnemu, a także problemom i lękom.
Trudno jest w dziele Lecha Majewskiego ocenić obsadę, gdyż praca aktorów w "Młynie i krzyżu" wygląda inaczej, niż w większości filmów. Przede wszystkim, scenariusz praktycznie pozbawiony jest dialogów. Jedyne rozmowy, jakie widz słyszy w czasie projekcji, odbywają się między Peterem Brueglem, a jego patronem. Jak zostało powiedziane, odtwórca pierwszej z tych postaci - Rutger Hauer, mający na koncie przebogaty dorobek ról w Hollywood - jako flamandzki malarz spisał się wyśmienicie, czyniąc z Bruegla artystę z krwi i kości. Jeśli zaś chodzi o postaci z obrazu, praktycznie w ogóle się nie odzywają. Tym trudniejsze zadanie pozostawił więc przed nimi reżyser, zmuszając do uzewnętrzniania emocji przy użyciu mimiki i gestykulacji. Zdarzają się sceny, w których wygląda to trochę karykaturalnie, choć są to tylko pojedyncze momenty w filmie. Tak dobry poziom gry aktorskiej powinien zwrócić uwagę tym bardziej, że wielu spośród członków obsady to de facto amatorzy w tej dziedzinie. Wśród tych, którzy amatorami nie są, poza Rutgerem Hauerem wybija się Joanna Litwin, której przypadła w udziale rola żony Bruegla, Marijken. W aktorce tej, którą Lech Majewski chętnie zaprasza do współpracy (wystąpiła chociażby w jego "Szklanych ustach" i "Angelusie"), tkwi niemały potencjał, a na kadrach "Młynu i krzyża" dała temu szczególny dowód.
Niemi pozostają nie tylko aktorzy. Tak naprawdę przez większą część filmu nie towarzyszy nam żadna muzyka, która podkreślałaby nastrój scen. Widz nie słyszy właściwie nic, poza efektami dźwiękowymi związanymi z tym, co dzieje się akurat na ekranie - od skrzypienia drewnianego młyna, po krakanie wron, dziecięce zabawy, skończywszy na melodiach wydobywających się z instrumentów grajków. Kiedy jednak muzyka się pojawia - to doskonale spełnia swoją rolę. Jej specyficzne brzmienie przywodzi nastrój tajemniczości, zagadkowości. Całości dopełnia słyszalny przy niektórych scenach damski chór. Wykorzystanie muzyki przez Majewskiego jest z pewnością oryginalne, zaś zabieg polegający na jego ograniczeniu każe zwrócić uwagę na to, co w malarskim pierwowzorze - na wrażenia wizualne.
Pod tym względem film Majewskiego wymyka się praktycznie wszelkim konwencjom. Polski reżyser wykorzystał zarówno technologię 3D, jak i technologię CGI, generującą obraz przy pomocy komputera. W efekcie "Młyn i krzyż" jako film sam sprawia wrażenie arcydzieła. Każdy kadr przygotowano z ogromną pieczołowitością, a pracę, jaką musieli wykonać twórcy, najlepiej obrazuje czas, jaki pochłonęła realizacja tego ambitnego projektu. Praca nad "Młynem i krzyżem" trwała aż trzy lata. Tak oto widok z płótna flamandzkiego artysty przeplata się z aktorami z krwi i kości, tudzież innymi, realnymi elementami scenografii. Ogólne wrażenie jest piorunujące, w pozytywnym znaczeniu tego słowa.

film.bestiariusz.pl