Londyn, XIX wiek. Do miasta przyjeżdża młody Dorian Gray, który ma odziedziczyć spory majątek po swoim zmarłym dziadku. Niespełna dwudziestoletni chłopak szybko odnajduje się w nowym towarzystwie eleganckich, salonowych gości, urzekając ich swoim serdecznym, choć trochę nieśmiałym usposobieniem. Jednak pod wpływem cynicznego lorda Henry’ego czysty blask i niewinny urok bijący od Doriana zostanie wyparty przez niezdrowy płomień żądz i nieustanną gorączkę przyjemności, którym młody mężczyzna zacznie się poddawać w coraz bardziej zachłanny sposób. Postępujące zepsucie i degradacja Doriana w niewyjaśniony sposób ujawniają się na jego portrecie, który został namalowany zaraz po przyjeździe mężczyzny do Londynu. Im dalej Dorian posuwa się swej podłości, tym bardziej postać na obrazie przypomina upiora niż człowieka. Z czasem nawet sam Dorian nie będzie mógł spojrzeć na portret, który stał się odzwierciedleniem jego zepsutej duszy.

Twarz Bena Barnesa nie jest jedynym obliczem Doriana Graya. Historia przeklętego młodzieńca była już wielokrotnie powielana w różnego typu produkcjach. Po co w takim razie Oliver Parker zdecydował się po raz kolejny przenieść postać z powieści Oscara Wilde’a na srebrny ekran? Myślę, że chciał jeszcze raz ostrzec nas przed przesadnym pragnieniem przyjemności i upadkiem obyczajów, które to problemy wydają się szczególnie aktualne w dzisiejszym świecie. Przerażający portret duszy Doriana jest też niejako portretem duszy dzisiejszego człowieka, nastawionego na konsumpcyjny styl życia, przedkładającego cielesne przyjemności nad prawdziwe wartości.

Dorian Gray nie zawsze był podły. Do Londynu przybył jako prostolinijny i uczciwy mężczyzna. To lord Henry obudził w nim dzikie pragnienia i żądze, pozbawił go skrupułów. Stworzył człowieka, którym sam nigdy nie miał odwagi się stać. Kazał Dorianowi przekraczać wszelkie granice, chociaż sam żył według pewnych norm i zasad. Sam zachowywał bezpieczny dystans od trawiącego resztki człowieczeństwa płomienia żądz i nienasyconych pragnień, jednocześnie rzucając Doriana w sam jego środek i pozwalając, by ogień pożądania całkowicie pochłonął młodego mężczyznę. W pewnym momencie nie ma już powrotu, mimo szczerych chęci Dorian nie jest już w stanie żyć tak jak kiedyś. Dawne zbrodnie stają się przyczyną kolejnych i następnych, uruchamia się mechanizm, który może zatrzymać już tylko śmierć. Choć o wiele za późno Dorian w końcu zrozumiał to wszystko. Pomogła mu w tym szczera miłość, czyste i niewinne uczucie, które na nowo obudziła w nim Emily Wooton, córka lorda Henry'ego. To dzięki niej wiecznie młody Gray zrozumiał, że jedynym sposobem uwolnienia się od zgnilizny grzechu i tym samym odkupienia swojej duszy jest samozniszczenie. Czy odważy się na nowo stać się dobrym?

"Dorian Gray" Parkera jest filmem utrzymanym w typowo romantycznej konwencji. Frenetyczny obraz rozkładającej się duszy Doriana, a także specyficzny nastrój zacienionych uliczek ponurego Londynu tworzą niepowtarzalny klimat, który można by porównać do tego, który stworzył Tim Burton w "Sweeneym Toddzie". Szkoda tylko, że muzyka nie jest dopasowana do filmu równie dobrze, co obraz. Jazzowe dźwięki saksofonu bardziej kojarzą się z początkami XX wieku w Ameryce, niż z dziewiętnastowieczną Anglią. W filmie zabrakło również pewnej ciągłości akcji, nie raz miałam wrażenie, że oglądam luźno powiązane ze sobą etiudy, a nie film fabularny. Reżyser pokazuje nam, do czego może doprowadzić przesadnie hedonistyczne podejście do życia, ale przy tym nie sugeruje w żaden sposób, by rezygnować z przyjemności w ogóle. Ta uniwersalna i czasami aż przesadnie moralizatorska historia, dzięki której mamy przeżyć duchowe katharsis, wywołuje co najwyżej lekki niepokój, jednak mimo to "Dorian Gray" nadal pozostaje dość interesującym filmem, który warto obejrzeć, chociażby ze względu na świetne zdjęcia i doskonałą grę aktorską Colina Firtha, który wciela się tutaj w postać lorda Henry'ego. Aktor ten, znany głównie z różnego typu komedii romantycznych, jak choćby "Dziennik Bridget Jones" czy "To właśnie miłość", coraz częściej wciela się z powodzeniem w nieco poważniejsze i bardziej wymagające postacie, czego dowodem są jego nagrody za rolę w "Samotnym mężczyźnie" Toma Forda, czy też właśnie świetnie wykreowana przez niego postać cynicznego lorda w "Dorianie Grayu". Ben Barnes, odtwórca głównej roli też radzi sobie całkiem dobrze ze skomplikowanymi przemianami wewnętrznymi swojego bohatera, natomiast najgorzej wypada Rachel Hurd-Wood, która wcieliła się w rolę Sybil, pierwszej prawdziwej miłości Doriana. Każda kwestia padająca z jej ust brzmi sztucznie i mało przekonująco, a jej kamienna twarz o anielskich rysach, choć bardzo ładna, nie zdradza żadnych emocji. Szkoda, bo jej postać jest bardzo ważna, choć pojawia się w filmie na krótko. W Sybil jest wiele z Shakespeare’owskiej Ofelii, w którą z resztą dziewczyna wciela się w teatrze. Jednak na skutek złego doboru roli, Sybil jest tylko bladą kopią tragicznej i wzruszającej postaci narzeczonej Hamleta.

"Dorian Gray", czyli hedonista XIX wieku. Ten film Parkera z pewnością zasługuje na uznanie, jeśli chodzi o wizualne aspekty, natomiast dużo traci przy głębszym zapoznaniu się z fabułą. Niemniej jednak historia przeklętego młodzieńca jest na tyle interesująca, że ogląda się ją bez bólu, ale też bez zachwytu. Film ten niesie ze sobą przede wszystkim moralne przesłanie do dzisiejszego człowieka. Problem w tym, czy zdoła ono w ogóle dotrzeć do ludzi, którzy w pogoni za pieniędzmi i łatwą przyjemnością nie zauważają, jak coraz bardziej stają się podobni do Doriana.

filmweb: Autor-Rien